Droga a cel
- CoachingPoLudzku
- 28 cze 2021
- 2 minut(y) czytania
Wiele w temacie koncentracji na celu zostało już powiedziane. Znając już założenia budowania elastyczności psychologicznej wiemy, że koncentracja się na przyszłości, zamiast teraźniejszości, wcale nie jest korzystnym rozwiązaniem. Trudno porzucić takie myślenie, skoro z każdej strony jesteśmy bombardowani modelem SMART, pytaniami o cel, stawianiem znaku równości między celem a sukcesem. Z tyłu głowy warto mieć jednak wcześniej omawiany paradygmat – czy skoro coś jest powszechne, to automatycznie powinniśmy to odbierać jako prawidłowe i optymalne?
Tal Ben-Shahar, autor ksiażki “W stronę szczęścia” oraz prowadzący zajęcia z osiągania szczęścia na uniwersytecie Harvarda powiedział: „Cele są środkiem a nie celem samym w sobie. Gdy cel pomaga cieszyć się teraźniejszością, pośrednio, z każdym naszym krokiem, wpływa na wzrost naszego dobrego samopoczucia, w odróżnieniu od chwilowej euforii, jaka towarzyszy osiągnięciu celu (…) Cel pozwala nam doświadczyć istnienia w działaniu”. W duchu rozwoju osobistego a nie doskonaleniu się, w duchu akceptacji i budowania elastyczności psychologicznej trudno się nie zgodzić z tymi słowami. Doświadczenie pracy coacha pokazuje mi, że czasem potrzebujemy zmiany bardziej niż celu. Cel zmienia się nierzadko w trakcie drogi i tylko, jeśli pozwolimy sobie uważnie i nieoceniająco zauważać co kolejne kroki w nas zmieniają, na końcu ścieżki zmian dotrzemy do pełnego i bogatego życia. Do dziś pamiętam pewną metaforę, którą podkreślano prawdziwość wysuniętej tezy.
Rodzice pewnego rodzeństwa postanowili zabrać swoje dzieci do Disneylandu – radości nie było końca, to było ich marzeniem od lat, nikt z klasy jeszcze nie był w tym wspaniałym parku rozrywki! W sobotni poranek cała czwórka wsiała do auta i wyruszyła w długą drogę. Pierwszy z braci z zaciekawieniem przyglądał się zmieniającemu się za oknem krajobrazowi, wykorzystał ten dany czas na godziny słownych gier z rodzicami, w końcu miał też czas na dokończenie książeczki, którą na Boże Narodzenie dostał od babci. Młodszy z chłopców niecierpliwie kręcił się na fotelu, co chwilę dopytując, kiedy będą na miejscu i nie chcąc nic jeść, tłumacząc, że woli poczekać na coś pysznego na miejscu. Po prawie dziesięciu godzinach jazdy rodzinny van złapał gumę – choć szczęśliwym trafem udało się zmienić koło w pobliskim warsztacie, obiecana wycieczka musiała zostać odwołana. Rozpaczy nie było końca i płacz z tylnego siedzenia rozchodził się niemal do chwili powrotu, lecz szlochał tylko jeden z nich. Mama zapytała później starszego syna czy nie było mu smutno, że nie dotarli na miejsce. Ten jednak uśmiechnął się i wyjaśnił, że choć chciał zobaczyć wesołe miasteczko na własne oczy, od dawna nie spędził tyle czasu wspólnie, mógł jeść słodycze, które rodzice pozwalali im smakować tylko w podróży a poza tym po raz pierwszy widział palmy za oknem i to było niesamowite, dokładnie tak opisywali je w książeczce, którą udało mu się skończyć. Żaden z braci nie dotarł do upragnionego celu, jednak ten, który pozwolił zaskoczyć się tym, co go spotka po drodze, nie tylko nie zmarnował tego czasu, ale i czegoś się jeszcze nauczył.
Tak samo jest z nami na ścieżce do własnego rozwoju – jeśli nauczymy się doceniać, co spotyka nas po drodze i otwierać na nieprzewidziane możliwości, być może droga będzie dłuższa, ale na samym jej końcu będziemy znacznie bogatsi niż zakładaliśmy.





Komentarze